Pacifim Rim

Z tego co pamiętam, nawet jak byłem młodym widzem i miałem naście lat, to takie filmy jak "Robot Jox" czy wszelkie tasiemce azjatyckiej Godzilli zwyczajnie mnie odpychały. Wtedy był to dla mnie marny sposób na spędzanie czasu przed odtwarzaczem video i telewizorem, szukałem innego rodzaju filmów, ten gatunek mi nie podchodził. Minęło już trochę lat od tamtych dni i uznaję, że w tej materii się nie zmieniłem, poglądy nadal podobne. Mimo to, zachęcony recenzjami znajomych, postanowiłem sprawdzić na własnej skórze czym jest wychwalany "Pacific Rim", bo ogólnie lubię przecież science-fiction.

Aby była jasność, opinie zasłyszane u znajomych lub te znalezione w internecie nie były wyrażane ze śliną na pysku i nie były również pianiem z zachwytu. Były po prostu dobre. W sumie można powiedzieć o zgodności tych opinii, wypowiadane zdania się powielały mniej więcej w takiej formie "Film ogląda się dla efektów specjalnych", "Musisz nastawić się na tego rodzaju film". No ok, potrafię się nastawić na tego typu tytuł i bawić się przy tym przednio, czyli przy tzw. "odmóżdżaczu", no ale ludzie... LUDZIE! Bez przesady!!!

Przecież "Pacific Rim" to naprawdę dno i parę metrów mułu (nawet poniżej tego filmowego portalu pod Oceanem). Po pierwsze nuda, po drugie dno fabularne, po trzecie żałosne dialogi, po czwarte słaba gra aktorów odpwiadających za główne role, po piąte na siłę wpychane sceny smutku i wielkich przemówień, po szóste brak logiki w wielu decyzjach bohaterów i scenach i po siódme n u d a. Tak, po raz kolejny nuda, bo właśnie tak "przeżywałem" ten film. Jeśli historia jest tak marnie poprowadzona bym miał w głębokim poważaniu bohaterów tego galaktycznego konfliktu i nie miał w głowie dudniącego "o rety, rety, ciekawe co będzie dalej?" to znaczy, że ziewania czas zacząć. Deklaracje innych, że powinienem docenić rzekomo znakomite efekty specjalne w ogóle mnie nie ruszają. Jeśli na film składa się cały kilogram gwoździ do trumny to gdzie tu miejsce na zachwyty? Powiem tak... jeśli dostaniecie w restauracji kotleta ze świeżej jagnięciny na brudnym, śmierdzącym starym tłuszczem talerzu a do tego w panierce z kminkiem lub innym dziadostwem, to jakim cudem ma Wam posmakować ta świeża jagnięcina? Ja bym był zdruzgotany. Płakał bym.
Poza tym efekty specjalne tego filmu to dla mnie też nie kandydat do Oscara. Sceny ciągle kręcone w nocy, które porządnie wyglądały, to już nakręcili w "Godzilli" w 1998 roku. A swoją drogą, tytuł z Inspektorem Gadżetem w roli głównej to znacznie lepsza produkcja niż "Pacific Rim". Tam przynajmniej nie wiało nudą, reżyser zbudował jakiś klimat, historię, którą chciało się obejrzeć do końca. A jak przy porównaniu jesteśmy to rzecz jasna pomysły w "Pacific Rim" są żywcem wyciągnięte z "Dnia Niepodległości" z Willem Smithem, jednak na tym skończę porównanie z szacunku do tego filmu science-fiction.

Mój dzisiejszy wpis może nie jest szablonową recenzją filmu, ale też nie chciałem aby taką był. Napisałem ten tekst by raczej wywołać w Was (miłośników Pacific Rim) refleksje na temat tego słynnego oglądania filmów dla efektów specjalnych. Czy rzeczywiście Wam to wystarcza by pozytywnie oceniać film a potem o zgrozo polecać go innym? Ja rozumiem gdy bezmyślne delektowanie się obrazem dotyczy krótkiego trailera czy filmu krótkometrażowego. Ale gdy mamy do czynienia z dwoma godzinami ślęczenia przed ekranem, to niby jakim cudem znieść ten czas bez snu, zażenowania i jęków zawodu?

Autor: Bartosz Studenny

OCENA AUTORA: 4/10

Zdjęcie: Wikipedia

Twoja ocena: Brak Średnia: 5

Dodaj nową odpowiedź

WskazówkiWskazówki
CAPTCHA
Wpisz znaki widoczne na poniższym obrazku.
By submitting this form, you accept the Mollom privacy policy.

Serwis używa plików cookie, które są niezbędne do komfortowego korzystania z portalu, m.in. utrzymania sesji logowania. Możesz w dowolnej chwili zmodyfikować ustawienia cookie w swojej przeglądarce. Aby dowiedzieć się więcej przeczytaj informacje o cookie.