Choć goni nas czas

Gatunek : dramat / komedia
Rok produkcji : 2007
12.02.2011
przez Bartosz Studenny
ocena
7.25
Bucket List

Czy kojarzycie film belgijsko-holendersko-niemiecki nakręcony w 1997 roku, pod tytułem "Pukając do nieba bram" ("Knockin' On Heaven's Door")? Film na którym zwyczajnie i bez żadnej hańby można się rozpłakać, oglądając ten dramatyczny koniec przy akompaniamencie piosenki w wykonaniu Boba Dylana – "Knockin on heavens door"? Kojarzycie może te świetnie zagrane role, w które wcielili się przebojowy Til Schweiger oraz ciamajdowaty Jan Josef Liefers? Jeżeli wiecie o czym mówię, to na pewno przyznacie mi rację, że produkcja ta zasługuje na miano filmu bardzo dobrego, a dla mnie nawet fenomenalnego i moralizatorskiego.

Zatem przed przystąpieniem do remake'u jednego z moich ulubionych filmów, miałem mieszane uczucia. Zdrowy rozsądek podpowiadał, że tamtego sukcesu i klimatu nie da się powtórzyć, ale zarówno obsada filmu jak i reżyser w osobie Roba Reiner'a, dawały nadzieję na to, że ten tytuł ma jednak szanse na międzynarodowy sukces.
Po pierwsze, remaki już zazwyczaj na samym etapie pierwszego klapsa na planie zdjęciowym, są złym pomysłem. Nie mam pojęcia, czy ktoś kto chce stawić czoła hitowi sprzed lat, jest odważny czy po prostu głupi? I nic do reżysera tej odnowionej wersji nie mam, bo przecież Rob Reiner nie jest człowiekiem od kręcenia reklam na srebrnym ekranie, ale tym razem mógł sobie facet odpuścić.

"Choć goni nas czas" ("The Bucket List") to scenariusz żywcem zaczerpnięty z wspomnianego wyżej "Pukając do nieba bram". Tak jak i w tamtym filmie, tak i tutaj na początku poznajemy dwa bardzo różniące się od siebie charaktery. Edwarda Cole'a (niezastąpiony Jack Nicholson) cynicznego, egocentrycznego, egoistycznego i zarozumiałego milionera, oraz Cartera Chambersa (Morgan Freeman), bystrego, roztropnego i spokojnego mechanika samochodowego. Sylwetki głównych bohaterów, przedstawione są nam na sali szpitalnej, w której to owi panowie znaleźli się z powodu swoich schorzeń. Zarówno Edward jak i Carter, dowiadują się, że ich organizmy zostały zaatakowane przez nowotwór, a ich dni są policzone. Zatem nie chcąc spędzać ostatnich chwil swojego życia na wegetacji, decydują się ruszyć w podróż pełną przygód.

Tak właśnie rysuje się fabuła filmu, czyli nic co mogło by nas zaskoczyć, oczywiście jeśli wcześniej oglądaliśmy produkcję z Tilem Schweigerem. Niestety muszę ze smutkiem stwierdzić, że dla mnie, film skończył się po opuszczeniu szpitala przez głównych bohaterów, czyli dość szybko, za szybko. Sceny kręcone w czasie kuracji obu panów, były całkiem przyzwoite, może nawet zbyt mocne, ale przecież tak właśnie wygląda mordercza walka z nowotworem. Początek filmu dał mi nawet nadzieję na dobrze spędzony czas, ale niestety, jak się potem okazało, złudną.

Nie spodziewałem się produkcji, która powali mnie na kolana, ale przynajmniej czegoś na poziomie aktorów Nicholsona i Freemana. Jack jest jak zawsze świetny, jego kreacje dziwaków-egocentryków, sprawdziły się już w "Lepiej być nie może" czy też "Dwóch gniewnych ludzi", dlatego nie dziwił mnie fakt obsadzenia go w tej roli. I tym razem wyszło bardzo dobrze, Jack nas umiejętnie bawi i skutecznie uwiarygodnia swoją postać nieznośnego Edwarda (nawet na naszych oczach goli się na łyso). Morgan Freeman to bezsprzecznie wielki aktor, ma za sobą naprawdę dobre role i chylę czoła przed tym panem, ale tym razem jest w cieniu kolegi po fachu. Freeman również sprawdził się w podobnych kreacjach, inteligentnych i opanowanych postaci, ale teraz grając w ten sam sposób po prostu nudzi. Te mądre kwestie, które wypowiada jakoś nie przemawiają do mnie, a jego narracja w czasie filmu jest wg mnie zbędna.

Należy wspomnieć, że film jest zrobiony z niemałym rozmachem, ponieważ panowie mają dość oryginalne pomysły na spędzenie ostatnich chwil swojego życia. Nie będę tutaj zdradzał akcji filmu, ale sceny po prostu kręcone są w różnych miejscach na świecie. Ale zapytam, co nam z tego? Co nam po tych pięknych terenach, szalonych pomysłach, fajerwerkach i innych cudach, skoro właśnie przez ten cały cyrk film traci na wiarygodności? Pierwowzór nakręcony w Europie, był zrobiony tanim kosztem, a jednak potrafił trafić do widza, właśnie tą normalnością i realizmem, a to co serwuje nam duet z USA jest po prostu przekoloryzowanym obrazem w stylu Hollywood, który potwierdza znane wszystkim stwierdzenie, że nie ilość się liczy ale jakość.. Tutaj zaznaczę tylko, że nie trzeba mieć fury pieniędzy, aby zaistnieć dobrym filmem na świecie (pozdrawiam naszych rodzimych reżyserów i producentów).

Reasumując, "The Bucket List" w pewnym momencie staje się nudny i taką tonację trzyma do końcowych liter. Po wszystkim, człowiek nie zastanawia się nad swoim istnieniem, nie myśli nad sensem swojego życia, jak to było w przypadku "Pukając do nieba bram", nie szuka metafor.
Ja naprawdę bardzo bym chciał, aby ten film okazał się wielkim światowym hitem, jestem wielkim fanem Nicholsona i szanuję Freemana, ale reżyser posłużył się zapożyczonym scenariuszem i porównania do pierwowzoru są nieuniknione. Nawet ścieżka dźwiękowa w zestawieniu z poprzednią wersją wypada bardzo blado i wygląda jak starcie teściowej z leniwym i bezrobotnym zięciem, czyli po prostu miazga.

Autor: Bartosz Studenny

OCENA: 6/10

Zdjęcie: Wikipedia

Twoja ocena: Brak Średnia: 7.3

Dodaj nową odpowiedź

WskazówkiWskazówki
CAPTCHA
Wpisz znaki widoczne na poniższym obrazku.
By submitting this form, you accept the Mollom privacy policy.

Serwis używa plików cookie, które są niezbędne do komfortowego korzystania z portalu, m.in. utrzymania sesji logowania. Możesz w dowolnej chwili zmodyfikować ustawienia cookie w swojej przeglądarce. Aby dowiedzieć się więcej przeczytaj informacje o cookie.