Inland Empire

"Lincz na Lynchu..." Po ostatniej hossie kinowej, którą przyszło mi zaliczyć, czyli powtórnym po przeczytaniu książki obejrzeniu Into the Wild, a także rewelacyjnych Nietykalnych i niewiele tylko gorszym Wstydzie, przyszła kolej na bessę. Zaczęło się od Tras el cristal, które wywarło na mnie bardzo mieszane uczucia a skończyło wczoraj na filmie, po którym spodziewałem się dużo więcej. Mowa o Inland Empire Davida Lyncha, reżysera, który wielokrotnie pozytywnie mnie zaskakiwał swoimi dziełami. Tym razem jednak, po prawie trzech godzinach spędzonych przed ekranem, niewiele będę mógł napisać w obronie dzieła.

Zacznijmy jednak od tego, co pewnie wielu z Was wie – czyli faktu, że Lynch swego czasu był wręcz zakochany w Polsce, a dokładniej w Łodzi. Urzekł go klimat miasta z jego industrialno-secesyjnymi zabudowaniami, czyli odrapanymi szaro-burymi kamienicami i jeszcze mniej kolorowymi fabrykami i elektrociepłowniami. Owocem tej miłości jest między innymi Inland Empire, którego akcja toczy się nie tylko w Stanach, lecz także w naszym pięknym Boat City, w obsadzie znajdziemy również polskich aktorów a z głośników popłyną polskie słowa, i to od samego początku filmu!

Główne role przypadły jednak aktorom z prawdziwego zdarzenia, czyli znanej już z twórczości Lyncha Laurze Dern, a także Jeremiemu Ironsowi i Justinowi Theroux’owi. Praktycznie rzecz biorąc, do gry aktorskiej trudno się doczepić. Laura Dern pokazała się z jak najlepszej strony. Zachwyciła mnie nie tylko umiejętnością wcielenia się w trudną rolę, lecz także swoją nieprzemijającą, pomimo nie pierwszej już młodości, urodą. Irons i Theroux grają równie dobrze. Z polskich aktorów, pojawią się na ekranie zaś między innymi Karolina Gruszka i Jan Hencz.

Muzyka, tak istotna i wszechobecna w filmach Lyncha, tym razem zeszła na drugi plan. Nie uświadczymy już jazzowym kawałków Angelo Badalamentiego tak dobrze znanych nam z Miasteczka Twin Peaks, czy Blue Velvet. Zastąpi je parę szlagierów, w tym kawałek Niny Simone czy oklepane The Loco-Motion do którego zatańczy 9 prostytutek. Poza tym, kilka innych utworów i wstawek w kluczowych scenach filmu mających podtrzymać napięcie. Ogólnie jednak nic specjalnego, co zasługiwałoby na oddzielny krążek z OST, szkoda...

Podsumowując, mamy więc dobrą grę aktorską i przeciętną ścieżkę dźwiękową, co w takim razie poszło nie tak? Otóż cała reszta. Lynch zawsze urzekał lekko pokręconą fabułą. Mieliśmy z takową do czynienia zarówno w miasteczku Twin Peaks, Blue Velvet, Głowie do wycierania czy Mulholland Drive, pomijając może Prostą Historię. Tym razem jednak reżyser przerósł samego siebie. Wyświetlane na ekranach sceny, mają z sobą niewiele wspólnego, wszystko jest tak pogmatwane, że trudno jest doszukiwać się w tym jakiegoś większego sensu. Niewiele pomoże też obejrzenie Inland Empire po raz drugi czy nawet trzeci. Poza tym, mało kto miałby chyba na to ochotę, gdyż film trwa bite 180 minut. Znalazła się w nich esencja Lyncha – seks, przemoc, motywy homoseksualne, eksplozje kolorów, morderstwo i przerywniki w stylu wspomnianego wcześniej układu choreograficznego z tańczącymi prostytutkami, pojawiły się nawet postacie w strojach królików i kobieta ze śrubokrętem w brzuchu. Wystarczy, drogi czytelniku, że wyobrazisz sobie to wszystko co przed chwilą wymieniłem, by mieć ogólny obraz filmu. Historia jest na tyle niezrozumiała, że sama Laura Dern, jak i Justin Theroux stwierdzili, że nie mają zielonego pojęcia o czym jest film, w którym grają główne role (sic!) Również specjaliści od spraw marketingu mieli niemały problem podczas promocji Inland Empire, ostatecznie podsumowując produkcję tagline’em: „Kobieta w tarapatach”, co faktycznie można wywnioskować z filmu, którego główna bohaterka, zakochująca się w aktorze u boku którego przyszło jej grać, odbiega od zmysłów i zaczyna mylić realny świat z tym kreowanym przez kamery. Czy coś więcej...? Nie!

Na domiar złego, scenografia nie jest zbyt interesująca – fragmenty nakręcone w Stanach Zjednoczonych to głównie wnętrza mieszkań i ulice bliżej nieokreślonego miasta. Sceny nagrywane w Polsce pokazują zaś Łódź w jej najgorszej postaci. Zobaczymy więc obskurne bramy obdrapanych kamienic i nieciekawe ulice w nocnej, zimowej scenerii, utrzymane w specyficznej pomarańczowej kolorystyce, mającej na celu podkreślić klimat filmu – psychodelicznego snu. Nie ukrywam, nawet wpasowuje się to w ogólną konwencję dzieła utrzymanego w konwencji bubble reality, na dłuższą metę jest jednak strasznie męczące. Najgorsza jest zaś jakość samego obrazu – film nagrywano bowiem przy użyciu normalnych kamer DV, oczywiście celem dodania smaczku. Wyszło jednak tanio i nieprzekonująco. Cały film, choć ma swój klimat, staje się więc w rezultacie irytujący, męczący i odpychający. Widz ma ochotę zrobić sobie przerwę już po pierwszej godzinie, kiedy uświadamia sobie, że odmienność scen, obrazów i liczne twisty w fabule przestają być dla niego zaskakujące, gdyż jest ich po prostu zbyt wiele. Widza można przestraszyć czy rozśmieszyć w ten sam sposób raz, może dwa razy. To jak z dobrym dowcipem. Za pierwszym razem śmiejemy się do łez, za drugim jeszcze się uśmiechniemy, za trzecim będziemy już znudzeni. Tym razem reżyser filmu zapomniał chyba, że we wszystkim należy zachować umiar. Inland Empire stał się tak offstreamowy, że poza fanami gatunku i Davida Lyncha, nie polecam go nikomu innemu.

OCENA AUTORA: 3/10

Autor: Błażej Kopera

Zdjęcie: Wikipedia

Twoja ocena: Brak Średnia: 3



Komentarze do filmu:
Pasek komentarzy top

No ale właśnie "Prosta historia" była sama w sobie bardzo prosta a przecież jak genialnie prowadzona. Bardzo poczciwy tytuł, mega pozytywny.

Pasek komentarzy top

Dodaj nową odpowiedź

WskazówkiWskazówki
CAPTCHA
Wpisz znaki widoczne na poniższym obrazku.
By submitting this form, you accept the Mollom privacy policy.

Serwis używa plików cookie, które są niezbędne do komfortowego korzystania z portalu, m.in. utrzymania sesji logowania. Możesz w dowolnej chwili zmodyfikować ustawienia cookie w swojej przeglądarce. Aby dowiedzieć się więcej przeczytaj informacje o cookie.